niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 5

                                 * Oczami Zuzanny *

         Wszystko układało się świetnie hm, właściwie cudownie. Ja i Niall... staliśmy się parą. Jednak stara miłość nie rdzewieje. Przy nim czułam się         bezpieczna, kochana i... potrzebna. Nieraz zastanawiam się czy ja na niego     zasługuję. W życiu robiłam tyle głupstw, tyle incydentów...

          Pewnego jesiennego dnia mój chłopak zaprosił mnie na randkę. Wieczór
spędziliśmy w kinie na dwóch komediach romantycznych, po czym zjedliśmy   kolację w maku, ponieważ o tak późnej porze żadna restauracja nie była       otwarta. Gdy skończyliśmy jeść ruszyliśmy w stronę samochodu. Szczerze       mówiąc trochę się zaniepokoiłam, bo na zewnątrz była mgła i śliska jezdnia,  - jak to na jesień przystało - a do domu mieliśmy kawałek, około trzydziestu   minut. No cóż, wyjechaliśmy z parkingu i dosłownie nic nie było widać.         Jedynie lekkie światła latarni. Obydwoje byliśmy zestresowani. Za chwilę       byliśmy na ulicy, gdzie było widać dużo więcej, a Niall korzystając z okazji     troszkę przyspieszył, za nim się zorientowaliśmy rozpędzony samochód   sportowy uderzył w nasze auto z taką siłą, że usłyszałam tylko głośny pisk
opon. Szybko przyjechała karetka, policja i straż pożarna. Wszystko wyglądało strasznie. Ludzie z pobliskich domów wyszli zaniepokojeni całą sytuacją,   niektórzy nawet nam pomagali jak tylko mogli. Ja... widziałam tylko Nialla, który leżał na noszach i mężczyznę, który w nas uderzył, niestety nie widziałam jego twarzy, za moment straciłam przytomność. Straszne sceny przewijały mi się przed oczami, krew, łzy i światła policyjne, ale wkrótce widziałam już tylko ciemność. - obudziłam się. 
          Kiedy otworzyłam oczy widziałam jasność, cholernie rażącą biel, a obok mnie siedziała kobieta, nie znałam jej.
- Czy ja umarłam? - ledwo wydusiłam słowa.

- Nie. Jesteś w szpitalu, ty i twój chłopak mieliście wypadek. - powiedziała.
- Mój chłopak. - przypomniało mi się - Gdzie on jest? Wszystko z nim dobrze? - zaczęłam się denerwować, a ona opuściła głowę i złapała mnie za rękę.

- Przykro mi to mówić... - łzy napłynęły mi do oczu - Ale on już nic nie czuje. On nie żyje... - mocno zacisnęłam oczy i zaczęłam przeraźliwie płakać. Ból rozsadzał mnie od środka. Coś we mnie pękło. Tak jakbym wyrzucała wszystkie moje uczucia na zewnątrz. Ona próbowała mnie uspokoić, ale ja dalej krzyczałam jak oparzona. Myśl, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej mnie dobijała. Wreszcie ktoś przy kim czułam się naprawdę dobrze, odszedł...
Płakałam dalej, aż w końcu przyszła pielęgniarka wraz z lekarzem i chyba dali mi coś na uspokojenie, bo poczułam tylko mocną senność. Za jakiś czas, znów się obudziłam. Tym razem zobaczyłam doktora i złapałam go za rękę.
- Czy ja mogę go zobaczyć? - powiedziałam drżącym głosem.
- Nie wiem czy to dobry pomysł...

- Proszę, chcę się z nim pożegnać, ostatni raz. - łza spłynęła mi po policzku. Mężczyzna pomógł mi wstać i usiąść na wózku, po czym poszliśmy kilka sal dalej. Przy drzwiach wstałam i zostałam 'doprowadzona' do łóżka, w którym leżał Niall. Był blady, posiniaczony i całkiem zimny. Usiadłam przy nim zapłakana i przytuliłam się do jego lodowatego ciała. Powiedziałam mu do ucha "Kocham cię i nigdy nie zapomnę. Żegnaj." i pocałowałam w policzek. Wróciłam zaraz do sali, a w niej dalej była ta dziewczyna. Zapytałam jej co z tamtym chłopakiem i powiedziała, żebym się nim teraz nie przejmowała, bo nic mu nie jest. 
- Przepraszam, a jak masz na imię? Bo nie zdążyłam zapytać.
- Patrycja.- podała mi rękę.
- Zuzia. - uścisnęłam jej dłoń. 

Dość długo rozmawiałyśmy i okazało się, że to ona zadzwoniła po pomoc i ogólnie bardzo nam pomogła, bo akurat przechodziła obok. Jestem jej wdzięczna za pomoc, bo nie wiadomo co by z nami było. Cały tydzień spędziłam w szpitalu, a ona co dzień mnie odwiedzała i siedziała po kilka godzin. Tak jakby chciała, żebym nie myślała zbyt dużo o śmierci Nialla, ale nie da się tak po prostu nie myśleć. Oczywiście doceniam to co dla mnie robi, bo różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy, gdy jest sam...



1 komentarz: