sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 7

                                   * Oczami Zuzanny *
         Dzisiejszy dzień zapowiadał się nieciekawie. Prawie całą noc nie zmrużyłam oka. Moja noga ciągle dawała o sobie znać. Chwilami ból był tak silny, że nie widziałam co mam ze sobą zrobić, chciało mi się wrzeszczeć. Tabletki nic nie pomagały. W końcu udało mi się zasnąć mniej więcej koło piątej, a Patrycja obudziła mnie o ósmej. Myślałam, że ją uduszę.
         Zaraz kazała sobie wszystko opowiadać, tak, więc powiedziałam jej o całym wczorajszym zdarzeniu. Kazała mi iść do lekarza, bez wątpienia pójdę. "Hm... tylko jak tam dotrę? Pewnie znowu będę musiała poprosić o to Harr..., a... nie, jednak nie. Zadzwonię do taty." - pomyślałam.
 - Halo? - usłyszałam jego głos.
 - Cześć, tato. Mam prośbę.
 - Słucham?
 - Czy mógłbyś podwieźć mnie do szpitala? Mam problem z nogą.
 - No jasne. Będę za pół godziny. Na razie.
Nie sądziłam, że to będzie takie proste. Normalnie wyglądałoby to tak: " Nie mam czasu...", "Jestem za miastem." lub "Zaraz mam spotkanie.", ale nie teraz. Czy to się dzieje naprawdę? Mój ojciec przeszedł jakąś metamorfozę? Cóż, nie sprzeciwiałam się temu. Cieszę się, że taki jest.
          Chwilę po rozmowie zjadłam skromne śniadanie - gdy jestem nie wyspana na nic nie mam apetytu. Przebrałam się, trochę umalowałam i wszyłam z mieszkania. Czekając na windę zauważyłam Harry'ego wychodzącego ze swojego mieszkania.
 - Witam szanowną sąsiadkę. - przywitał się z żartem.
 - Witam sąsiedzie. - posłałam szczery uśmiech.
 - Dokąd to się wybieramy? - wzięłam głęboki oddech.
 - Do szpitala. Noga daje siwe znaki, a ty?
 - Ja jadę do siostry. Mogę cię podwieźć jeśli chcesz, to po drodze.
 - Nie, dziękuję. Ojciec mnie zawiezie.
 - Mhm. A...- złapał się za szyję - co dzisiaj robisz?
 - Jeśli wrócę ze szpitala, to nic.
 - W takim razie...może się spotkamy? - zapytał niepewnie i nagle otworzyły się drzwi do winy. Przepuścił mnie i zapytał ponownie:
 - To jak? O dziewiętnastej, na kolację.

 - Mm... okej. - uśmiechnęłam się i 'wyszłam' z windy. Tata już na mnie czekał. Wsiadłam do samochodu i przywitałam się z nim. Od razu zapytał kim jest mężczyzna, z którym wyszłam z bloku. " To mój sąsiad."- odparłam. Po czym dodałam, że pomógł mi dotrzeć do domu, kiedy nie mogłam się ruszyć z miejsca. Ku mojemu zdziwieniu powiedział, że wydaje się być miły. Coraz bardziej mnie zadziwia. Może coś się stało? Może coś przede mną ukrywa? Nie... to nie to."Po prostu go zapytam." - pomyślałam.
 - Tato? - zaczęłam.
 - Tak?
 - Mam dość nietypowe pytanie... - popatrzył na mnie - Ostatnio zachowujesz się... jak nie ty. Coś jest tego powodem? - zapytałam ostrożnie. Wtedy powiedział, że zrozumiał swój błąd i postanowi wszystko nadrobić, a poza tym przyglądał się przez dłuższy czas Basi, która była bardzo smutna i osowiała. Hm..mówi prawdę? Myślę, że tak, chociaż to mało prawdopodobne, aby zmienić się tak bardzo w  tak krótkim czasie. No cóż, cuda się zdarzają.
           Kiedy dojechaliśmy na miejsce tata pomógł mi wysiąść z auta i poszedł ze mną do środka. Musieliśmy czekać prawie dwie godziny, aż w końcu ktoś mnie przyjmie. Kolejki w szpitalach są niewyobrażalnie długie. Nareszcie po długim czekaniu mnie zawołano do gabinetu. Gdy byłam już w środku powiedziałam co mi dolega i jaka jest tego przyczyna. Doktor kazał mi pokazać, w którym miejscu dokładnie odczuwam ból, więc pokazałam. Patrzył, patrzył i powiedział, że muszę brać odpowiednie leki i robić okłady żelowe. Natenczas pielęgniarka posmarowała mi nogę i zawinęła w bandaż, po czym powiedziała jak mam to robić w domu, a lekarz w tym czasie przepisywał mi lekarstwa. Po wszystkim podziękowałam i wyszłam. Tata siedział w poczekalni, a gdy wyszłam kazał powiedzieć co i jak."Noga jest tylko potłuczona."- zapewniałam, "Muszę stosować żele i zażywać leki."- dodałam. Zanim się obejrzałam byliśmy w samochodzie i wtedy zapytał:
 - Co powiesz na rodzinną kolację?
 - Chciałabym, ale nie mogę.- popatrzyłam na niego - już się umówiłam.
 - Z tym szatynem, prawda? - szturchnął mnie łokciem.
 - Oj tato. - zaśmiałam się.
 - Nie oj tato, tylko tak. - uśmiechnął się pokazując zęby - Chcę wiedzieć z kim chodzi na randki moja córka.
 - To nie randka. Znam go kilka dni.
 - Mhmm...- popatrzył na mnie- w takim razie spotkanie, tak? - kiwnęłam twierdząco głową. Nim mrugnęłam byliśmy już na osiedlu. Wsiadłam bez większego problemu. Noga już tak bardzo mnie nie bolała. Zapytałam się taty, czy wpadnie do mnie na kawę, ale nie miał czasu. Musiał odebrać Basię ze szkoły, a potem jechać na spotkanie. Ach.. cały tata ciągle zapracowany. Nieraz mi go szkoda, chociaż sam mówi, że kocha to co robi.
             Będąc już w mieszkaniu rzuciłam wszystko na podłogę, poszłam do sypialni i położyłam się zmęczona na łóżku z telefonem w ręce, który nagle zadzwonił. Zrobiłam skwaszoną minę i odebrałam.
 - Cześć, Zuz! Jak tam, byłaś u lekarza?- usłyszałam głos Patrycji.
 - Hej, Pat. Byłam, czekałam dwie godziny i jestem bardzo zmęczona, a jak tam u ciebie, kiedy wracasz?
 - No jakoś leci. Mały jest bardzo niegrzeczny, ale sobie radzę. Myślę, że za dwa dni.
Rozmawiałyśmy bardzo długo, ale przypomniałam sobie, że jestem umówiona z Harry'm i musiałam się rozłączyć. Zaraz poszłam do łazienki wziąć kąpiel i się 'ogarnąć'. Przecież musiałam przyzwoicie wyglądać. Na szukaniu ubrań, malowaniu się i kąpaniu zeszło mi ponad dwie godziny. Prędko dokończyłam przygotowania i wyszłam. Zapukałam do drzwi naprzeciwko. Otworzył mi je wysoki szatyn. Przywitał się ze mną i zaprosił do środka. Miał piękne mieszkanie. Nowoczesne, eleganckie i bardzo przytulne. 
Takie...powiedziałabym w jego stylu. Szybko podał kolację - byłam bardzo głodna, jadłam tylko śniadanie. Jedzenie wyglądało pysznie, tak też smakowało. Do tego podał czerwone wykwintne czerwone wino.  Po zjedzeniu przenieśliśmy się na kanapę i zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim i o niczym. Wtedy Harry powiedział: "Opowiedz mi o sobie.". Do głowy przychodziły mi same złe rzeczy, te, których już nie ma. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić.
 - Hm...od dłuższego czasu szukam pracy, - chciałam się za to uderzyć - jak wiesz, mieszkam sama...- popatrzyłam w dół - A... mój chłopak nie żyje... Ja też otarłam się o śmierć. - zaczęło mnie ściskać w gardle.
 - Przepraszam. - położył swoją dłoń na moim kolanie, a ja pokiwałam głową, co miało oznaczać, że nic się nie dzieje. Wtedy powiedział, że teraz ja mam zadać mu pytanie.
 - Em...Kim jest ta dziewczynka na zdjęciu z tobą?- wyraźnie nie spodobało mu się to pytanie.
 - To ja i... moja córka.- szeroko otworzyłam oczy ze zdziwienia. Pomyślałam, że skoro ma córkę musi mieć też...żonę. Postanowiłam, że wyjdę i przeproszę, ale złapał mnie za rękę i powiedział jak to jest naprawdę. Otóż, jego miał dziewczynę, która zaszła z nim w ciążę. Obydwoje bardzo się cieszyli, ale niestety ona umarła przy porodzie. Naprawdę żałowałam, że o to zapytałam, było mi bardzo głupio. No cóż, jesteśmy w podobnej sytuacji, a ja żeby mu było lżej opowiedziałam moją historię. Po chwili milczenia i jemu, i mi zakręciła się łza w oku. Ale potem na poprawienie humoru włączył prześmieszną komedię i od razu było nam lepiej na duchu. Miło tak czasami się komuś wyżalić, jest o wiele lżej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz